W kontekście polityki zagranicznej USA zwłaszcza względem krajów nordyckich interesującym przykładem imponderabiliów – czyli niewymiernych czynników wpływających na relacje międzynarodowe – jest postać Pete’a Hegsetha. W artykule Görana Erikssona z 10. maja 2025 dla „Svenska Dagbladet” (w którym relacjonuje on odświętną wizytę Hegsetha w norweskiej ambasadzie w Waszyngtonie) pisze się o tym, że Hegseth, kontrowersyjny sekretarz obrony USA u Trumpa, z dumą podkreśla swoje norweskie pochodzenie, stwierdzając: „Jestem w 100% Amerykaninem, ale też w 100% Norwegiem.” Jego przodkowie wyemigrowali z Norwegii do Minnesoty, a Hegseth zdaje się pielęgnować swoją skandynawską tożsamość. Chwalił się nawet publicznie w programie TV w 2018 roku, że testy DNA na MyHeritage.com potwierdziły jego 96,4% procentową skandynawskość.
W wypowiedzi w Ambasadzie Norwegii wprost stwierdza, że nie jest słuchaczem opowieści Kolumba a raczej opowieści Leifa Eriksona (islandzkiego Wikinga, który odkrył Amerykę około 1000 roku).
Jego norweskie korzenie mają jednak nie tylko osobiste, ale i polityczne znaczenie. Administracja Trumpa wyraźnie wykazywała zainteresowanie współpracą z Norwegią, Danią i Finlandią, podczas gdy relacje ze Szwecją pozostawały chłodne. W tym kontekście Hegseth, jako osoba o norweskich korzeniach, mógł odgrywać rolę nieformalnego łącznika, budując relacje oparte na wspólnych kulturowych wartościach i historycznych więzach.
Co więcej, w jednym z wywiadów Hegseth pozwolił sobie na żart dotyczący wrodzonej nieufności Norwegów wobec Szwedów – echo dawnych rywalizacji i stereotypów, które wciąż mogą wywoływać uśmiech. Jednak mimo silnych deklaracji o swojej skandynawskiej tożsamości, nie zadał sobie trudu, by powiedzieć choć kilka słów po norwesku.
A przecież język to coś więcej niż narzędzie komunikacji – to klucz do głębszego zrozumienia kultury i budowania autentycznej więzi. Być może jedno zdanie po norwesku mogłoby wzmocnić jego przekaz i jeszcze bardziej zbliżyć go do kraju przodków, zarówno na poziomie dyplomatycznym, jak i osobistym. Tak jak zbliżył się do Norwegów nieładnym żartem o niechęci do Szwedów.
Studenci – uczcie się niszowych języków! Sztuczna inteligencja może w tym pomóc, ale nie zastąpi realnych relacji z ludźmi przy okazji np. wspólnego jedzenia czy wspólnego śmiechu. Znajomość angielskiego to konieczność, ale nie pozwólcie, by zamieniła się w jedyny środek wyrazu. W polityce, dyplomacji i życiu – im więcej języków znacie, tym bogatsze są wasze relacje i zrozumienie świata. Nie bądźcie jak Pete Hegseth, który jedynie w genetyce i drzewach genealogicznych upatruje swoją siłę.
Nie rozumiem polityków, także kandydatów na Prezydenta RP, którzy szczycą się wyłącznie znajomością języka polskiego. Prezydent RP będzie miał tym większą „miękką” siłę dyplomatyczną, im więcej imponderabiliów będzie mógł wykorzystać.
PS. Słownikowo: imponderabilia – rzeczy lub czynniki niematerialne, które mają wpływ na określoną sytuację lub decyzję, ale są trudne lub niemożliwe do zmierzenia, zważenia lub jednoznacznego określenia. Mogą to być wartości, emocje, opinie, nastroje społeczne lub subtelne aspekty kulturowe i psychologiczne, które nie mają bezpośredniego przełożenia na liczby, ale mogą znacząco oddziaływać na bieg wydarzeń. Słowo pochodzi z łaciny: imponderabilis – „nieważki”, od in- (nie) + ponderare (ważyć).
Podcast na Spotify tutaj W świecie, który coraz częściej wita nas ekranem zamiast twarzy, a rozmowa z maszyną bywa prostsza niż z drugim człowiekiem, uprzejmość zyskuje nowe znaczenia. Zadziwiające jest, jak często — w rozmowach z systemami opartymi na sztucznej inteligencji — zwracamy się do nich z uprzejmością niemal rytualną: proszę, dziękuję, czy mogłabyś/mógłbyś mi pomóc? Opieram swoje rozważania na danych nienaukowych, raczej doniesieniach osób zarządzających danymi, nie mam możliwości weryfikacji ich, jednak miże te zwroty grzecznościowe to resztka człowieczeństwa, którą wkładamy nawet w rozmowę z czymś, co nie ma świadomości? Wydaje się, że to antropomorfizacja w całej krasie, rzutujemy swoją strukturę na coś, co się z nami wydaje komunikować.
Z doniesień medialnych (źródłem jest chyba wpis samego Sama Altmana, dyrektora generalnego OpenAI), wynika, że „uprzejma” komunikacja z AI — choć urocza — nie jest neutralna ekologicznie. Każde dodatkowe słowo, każda grzecznościowa formuła, każda peryfraza zużywa zasoby obliczeniowe. A za tym idzie realna energia, produkcja ciepła w serwerowniach, emisja CO₂. Inaczej mówiąc: bycie miłym dla chatu generuje większy ślad węglowy. Ale to też lustrzane odbicie naszej potrzeby upraszczania, nie komplikowania. Nasza życzliwość — jakkolwiek „tania” z pozoru — pociąga za sobą koszt.
I tu pojawia się pytanie: czy warto być uprzejmym dla czata?
Odpowiedź — jak to zwykle bywa — jest bardziej ludzka niż logiczna. Tak, warto. Bo życzliwość, nawet kosztowna w sensie energetycznym wobec maszyn, w kontaktach z ludźmi jest zadziwiająco… darmowa. To gniew, agresja, zawiść, zazdrość i nienawiść spalają naszą energię psychiczną, wymagają dodatkowego napięcia, podwyższonego tętna, stresu, wyczerpania. Życzliwość, przeciwnie — uspokaja, koi, reguluje.
Dalajlama XIV powiedział kiedyś: „Moja religia jest bardzo prosta. Moją religią jest życzliwość.” Nie trzeba świątyń, doktryn ani rytuałów, by praktykować coś tak prostego, a zarazem fundamentalnego.
Uprzejmość jest najbardziej demokratyczną formą dobroci. Nie wymaga pieniędzy, statusu, technologii ani tytułów. Wymaga jedynie decyzji: nie zranić, nie umniejszyć, nie zdominować.
W świecie zalanym natłokiem danych, gest życzliwości — choć to chyba jest niewidoczne w kodzie — staje się czymś, co odróżnia człowieka od maszyny. Być może przyszłość będzie należała do tych, którzy nie tylko nauczyli się rozmawiać z maszynami, ale też zachowali ludzką manierę nawet wtedy, gdy to „się nie opłacało”. Pamiętam książkę o znamiennym tytule „Przetrwają najżyczliwsi”.
Bo człowieczeństwo, jakkolwiek nieoptymalne, jest ciągle warte zachodu. Ale swoją drogą, kiedyś myślałem, że tylko bycie świadomym różni człowieka od maszyn. Teraz okazuje się, że mamy także inny wyróżnik antropologiczny: tanią energetycznie życzliwość…
To co, może podarujmy sobie nawzajem kwiatek? Uśmiech? Wypracujemy w ten sposób nawyk?
Oto moja nowa publikacja, była gotowa w 2023 roku. Ale cykl publikacyjny trwa niestety…
J. Płuciennik, A. Zatora, Gaming with Science? Review: Kulczycki, E. (2023). Evaluation Game. How Publication Metrics Shape Scholarly Communication. Cambridge: Cambridge University Press, viii+228 pp. w: Perspektywy Kultury nr 48, 2025/1, ss. 371-378, DOI: 10.35765/pk.2025.4801.22.
Jak podaje Dagens Nyheter w dziale ekonomicznym, wielu szwedzkich właścicieli Tesli dystansuje się od firmy z powodu kontrowersyjnych działań jej dyrektora generalnego, Elona Muska. Krytyka dotyczy jego zaangażowania w politykę oraz publicznych wypowiedzi, które wielu uważa za nieodpowiednie. W rezultacie, niektórzy właściciele rozważają sprzedaż swoich pojazdów lub rezygnację z przyszłych zakupów Tesli.
Zdjęcie wygenerowane przez AI
Część właścicieli Tesli umieszcza specjalne naklejki na samochodach z napisem po angielsku: „przepraszam, kupiłem Teslę, nim okazało się, że ELON jest dupkiem”. DN daje zdjęcie jako ilustrację tego. Ja autentykiem nie dysponuję, ale poprosiłem AI i wygenerowała przykład. Popełniła błąd, w oryginale było I knew…
Ciekawostką dla polskiego czytelnika (to jest polonicum) będzie odwołanie w artykule do styczniowej wypowiedzi polskiego ministra Sławomira Nitrasa: 28 stycznia 2025 roku na stronie Dagens Nyheter poinformowano, że polski polityk Sławomir Nitras wezwał do bojkotu Tesli. Nitras wyraził zaniepokojenie działaniami Elona Muska, dyrektora generalnego Tesli, oraz jego wpływem na debatę publiczną. W związku z tym zaapelował do obywateli o rozważenie rezygnacji z zakupu i użytkowania pojazdów tej marki.
„Wolałbym przeczytać twoją nienapisaną powieść niż napisaną przez kogokolwiek innego. Ciągle próbuję odkryć, co (jaka tajemnicza rzecz) podnosi pisanie do poziomu, na którym zachodzi spalanie, i myślę, że po prostu w pisaniu musi nastąpić ucieczka gazów lub oparów z centrum — Gazu Rdzenia, to znaczy. I nawet to wyjaśnienie jest niewiarygodne, ponieważ Bóg wie, że z Hemingwaya zawsze uciekał gaz, ale często przypominało mi to pierdzenie starego konia. Ta zagadka nie zostanie rozwiązana w pośpiechu. (E.B. White, List do Johna Updike, 12 stycznia 1962)” (znalezione w New York Times, dzisiaj 18.01.25)
List, który zawiera takie refleksje, jak te skierowane do Johna Updike’a, ujawnia niezwykłą zdolność autora do literackiego introspekcyjnego humoru, a jednocześnie do głębokiego poszukiwania esencji pisania. E.B. White, znany przede wszystkim jako autor „Straganów Charlotty” i felietonista „The New Yorker”, w swoim liście z 1962 roku wyraził nie tylko podziw dla twórczości Updike’a, ale również próbował uchwycić to, co sprawia, że literatura osiąga wyższy, niemal mistyczny poziom.
Kluczowe punkty refleksji: Mistyczny kult talentu Updike’a Zdanie „Wolałbym przeczytać twoją nienapisaną powieść niż napisaną przez kogokolwiek innego” podkreśla niemal religijną wiarę w wyjątkowość talentu literackiego Updike’a. To nie tylko pochwała, ale i subtelny żart deprecjonujący przeciętność innych autorów. Kult Updike’a, któremu daleko było od religijnych uniesień.
W wywiadach Updike otwarcie przyznawał, że jego podejście do religii jest bardziej estetyczne niż doktrynalne. Interesowała go symbolika, rytuały i to, w jaki sposób wiara odzwierciedla się w literaturze. W eseju „The Future of Faith” pisał:
„Religia, jak literatura, jest próbą nadania sensu naszemu doświadczeniu, uznania istnienia tajemnicy i celebracji tego, co przekracza nasze zrozumienie.”
Warto więc podkreślić, że choć tematyka religijna jest obecna w jego pracach, to często stanowi ona raczej narzędzie analizy kondycji człowieka niż wyraz osobistego zaangażowania religijnego. Updike’a można nazwać badaczem religijności, ale niekoniecznie jej wyznawcą. „Gaz Rdzenia” – tajemnica procesu twórczego White porównuje inspirację i proces pisania do wybuchowego procesu, w którym musi nastąpić „ucieczka gazów z centrum”. To obrazowe, a zarazem nietypowe i ryzykowne, metaforyczne ujęcie pokazuje, że prawdziwie wartościowa literatura pochodzi z jakiegoś wewnętrznego, organicznego źródła, które wymyka się pełnej kontroli autora. Platońskie pojęcie „boskiego szału” można zestawić z ideami takich autorów, jak E.B. White w jego liście do Updike’a czy Hemingway, który pisał o konieczności pisania „jednego prawdziwego zdania”. Obaj autorzy, podobnie jak Platon, uznają, że inspiracja ma źródło w czymś irracjonalnym, ale jednocześnie unikalnym dla każdego twórcy. Ironiczne odniesienie do Hemingwaya Porównanie „gazu” Hemingwaya do „pierdzenia starego konia” dodaje humoru, ale i stanowi krytykę. White zdaje się sugerować, że nawet wielcy literaci czasami zawodzą w dostarczaniu tej esencji, która podnosi literaturę na wyższy poziom. Nierozwiązana zagadka literatury White podkreśla, że natura tej tajemnicy – co sprawia, że literatura „spala się” na wyższym poziomie – pozostaje nieuchwytna i z pewnością nie zostanie odkryta w pośpiechu. White próbuje zdefiniować moment, w którym pisanie osiąga poziom „spalania”. O tej tajemniczej energii wspominał również Franz Kafka: „Pisanie to forma modlitwy.” Słowa Kafki sugerują, że proces pisania jest nie tylko twórczy, ale także duchowy, co koresponduje z metafizycznym tonem refleksji White’a. Kontekst i odniesienia John Updike, którego White tak bardzo podziwia, był znany ze swojego niezwykłego daru opisywania codzienności w sposób poetycki. Jego powieści, takie jak „Król Królik” czy „Pary”, eksplorowały tematy życia amerykańskiej klasy średniej. Z kolei Hemingway, z jego oszczędnym stylem behawiorystycznym, był często uważany za ikonę amerykańskiego modernizmu. W tym liście White zestawia ich style w sposób ironiczny, ale jednocześnie pełen uznania.
Zachęta do dyskusji Co sądzisz, Czytelniku, o tej wymianie zdań?
Czy zgadzasz się z White’em, że proces twórczy to coś organicznego i nieuchwytnego? Jakie cechy literatury podnoszą ją do poziomu „spalania”? Czy zgadzasz się z krytyką Hemingwaya, czy raczej uważasz jego styl za przejaw mistrzostwa?
Storytelling to niezwykle istotna umiejętność w dzisiejszym świecie komunikacji. Sztuka opowiadania historii ma na celu nie tylko przekazywanie informacji, ale również angażowanie emocji i przekonywanie odbiorców. Dobry storytelling działa na wielu poziomach – łączy postaci, konflikty, zwroty akcji i zakończenia w spójną, logiczną całość, która łatwo rezonuje z widownią. Jest on powszechnie stosowany w literaturze, filmie, reklamie, a nawet w marketingu cyfrowym. Jego głównym celem jest stworzenie historii, która przyciągnie uwagę, wywoła emocjonalną reakcję oraz pozostanie w pamięci odbiorcy na długo po zakończeniu. Ważne jest, aby dostrzegać czasami całości długiego trwania. Np. debata wyborcza może trwać 90 minut, ale strategie komunikacyjne poszczególnych uczestników debaty widać w całości ich wystąpień.
Każda opowieść składa się z kilku podstawowych elementów: postaci, które niosą fabułę i z którymi odbiorcy mogą się identyfikować; konfliktu, który jest rdzeniem każdej historii, napędzającym akcję i utrzymującym zainteresowanie widza; punktów zwrotnych, które stanowią momenty przełomowe w historii, budując napięcie i prowadząc do rozwiązania, oraz zakończenia, które pozostawia odbiorcę z poczuciem satysfakcji lub refleksji. Niezależnie od tego, czy tworzysz scenariusz filmowy, planujesz kampanię reklamową, czy piszesz powieść, storytelling pozostaje kluczem do skutecznej komunikacji, niezależnie od medium. Kiedyś jakiś polityk powiedział, że nieważne jak się zaczyna, ale jak się kończy. Ech, to tylko częściowa prawda. W storytellingu jak w każdym tekście artystycznym najczulsze elementy tekstu to zarówno początek, jak i koniec. Zatem ważne jest, jak się zaczyna (np. uściskiem dłoni interlokutora), ale też jak się kończy (np. zdecydowanym tonem).
Narracja transmedialna, czyli transmedia storytelling, to zaawansowana forma storytellingu, która rozciąga historię na wiele platform medialnych. Kluczowe jest to, że każda z tych platform oferuje coś unikalnego – nie są to jedynie powtórzenia tego samego wątku, ale jego rozwinięcia i nowe konteksty, które uzupełniają główną narrację. Historia może być opowiedziana częściowo w filmie, kontynuowana w książce, a rozszerzona przez grę wideo czy komiks. Każda platforma wnosi nowe elementy do świata opowieści, co pozwala odbiorcom na jeszcze głębsze zaangażowanie. Transmedia storytelling zachęca widza do aktywnej interakcji z narracją – może on zgłębiać różne wątki, odkrywać nowe postacie i eksplorować świat opowieści na różne sposoby. Doskonałym przykładem narracji transmedialnej jest uniwersum „Gwiezdnych wojen”. Historia zaczęła się od filmów, ale z czasem rozwinęła się o dodatkowe wątki opowiadane w książkach, komiksach, grach wideo czy serialach telewizyjnych, tudzież zabawkach dołączanych do Happy Meala w McDonalds. Każde z tych mediów dodaje nowe informacje, wprowadza postacie i rozwija uniwersum, które dzięki temu staje się bogatsze i bardziej złożone.
Dla studentów kursu Storytelling warto przyjrzeć się nie tylko fikcyjnym narracjom, ale również rzeczywistym przykładom komunikacji, jak np. polityczne debaty. Lingwistyczna analiza Marka Libermana (lingwista z Linguistic Data Consortium, University of Pennsylvania, Philadelphia, USA), opublikowana na łamach „The Economist” 11 września 2024r. (An alternative look at the Trump-Harris debate, in five charts), ukazuje, jak język i ton wypowiedzi mogą kształtować wizerunek polityka w oczach publiczności. Liberman przeanalizował debatę między Kamalą Harris a Donaldem Trumpem, pokazując różnice w ich stylach komunikacyjnych. Wyniki te można odnieść również do zasad storytellingu. Trump mówił szybciej (198 słów na minutę) i dłużej niż Harris, co mogło sugerować próbę dominacji i chęć zapanowania nad debatą. Harris mówiła wolniej (160 słów na minutę), ale używała więcej unikalnych słów, co pozwalało jej na bardziej precyzyjne formułowanie wypowiedzi. Harris używała bardziej zróżnicowanego języka – potrzebowała 4000 słów, aby osiągnąć 1000 unikalnych wyrazów, podczas gdy Trump potrzebował aż 6000 na 1000 unikalnych wyrazów. Bogatszy język może być postrzegany jako bardziej elokwentny, precyzyjny i przemyślany, co w storytellingu często przekłada się na wiarygodność postaci. Jednak samo to nie musi przekładać się na sukces komunikacyjny. Jeśli idzie o tempo mówienia, to szybsze tempo mówienia może być interpretowane jako przejaw pewności siebie lub chęci dominacji w debacie. Co więcej, Trump jest znany z tego, że potrafi, mówiąc niejako bardziej potocznie, mniej precyzyjnie, czasami mętnie, przykuwać długo uwagę, mimo „kręcenia się w kółko”, „wracania do tego, co już było”. Sugeruje to, że Harris była bardziej precyzyjna i świadoma w doborze języka, co mogło wpływać na jej postrzeganą elokwencję i skuteczność komunikacyjną. Jednak samo to nie musi przekładać się na większą wiarygodność, bo Trump powtarzając frazy: „oni jedzą koty, oni jedzą naszych milusińskich…” wbija się odbiorcy w pamięć, choćby było to nawet groteskowe.
Warto też zwrócić uwagę na wybór słów, ponieważ Trump częściej używał zaimka „oni”, co sugeruje strategię „my kontra oni” – klasyczny sposób budowania konfliktu w narracji, który potrafi angażować emocje odbiorców. Harris natomiast stawiała na słowa takie jak „Ameryka” i „praca”, które budowały bardziej inkluzywny, pozytywny przekaz. Analiza tonacji ujawnia, że tonacja głosu kandydatów miała znaczenie w odbiorze emocjonalnym. Trump w miarę trwania debaty wykazywał większą zmienność tonacji, szczególnie podczas poruszania kontrowersyjnych tematów (atak na Kapitol) oraz pod koniec debaty. Harris natomiast zakończyła debatę w sposób opanowany, co mogło sugerować pewność siebie i kontrolę nad sytuacją. Harris zaczęła pewnie i zakończyła jak prokurator mowę oskarżycielską.
Analiza Libermana pokazuje, że każda forma komunikacji – nawet polityczna debata – ma swoje zasady narracyjne. Od budowy zdań, przez tempo mówienia, po tonację głosu – wszystkie te elementy kształtują percepcję i emocje odbiorców. W storytellingu kluczowe jest zrozumienie, że każda decyzja językowa ma swoje konsekwencje dla odbioru opowieści. To właśnie te subtelne aspekty sprawiają, że historie mają moc oddziaływania i wpływu na ludzi. W polityce, podobnie jak w storytellingu, chodzi o wywoływanie emocji, przekonywanie do swoich racji i budowanie relacji z odbiorcami. Każdy z kandydatów zastosował odmienną strategię językową, co wpłynęło na ich postrzeganie przez opinię publiczną.
Dla studentów Storytellingu, kluczowe jest zrozumienie, że niezależnie od medium – czy to debata, książka, film, czy kampania reklamowa – fundamenty opowiadania historii pozostają niezmienne. Kluczem do sukcesu jest świadome kreowanie narracji, która angażuje odbiorcę, niezależnie od platformy, na której jest prezentowana. Storytelling to sztuka, która rozwija się na różnych poziomach i przez różne media. Wykorzystanie transmedia storytellingu pozwala na stworzenie złożonych, wielowarstwowych historii, które angażują odbiorcę na wielu poziomach. Lingwistyczna analiza debaty politycznej również pokazuje, jak wybór słów i sposób mówienia wpływają na odbiór komunikatu.
Ale też transmedialność ujawniła się natychmiast w tym, że krótko po debacie Taylor Swift umieściła wpis na Instagramie ilustrowany swoim wystudiowanym portretem z pięknym kotem i podpisem „Bezdzietna kociara”. Wpis był jednoznacznym opowiedzeniem się za Kamalą Harris, ale jednocześnie jest ciągiem dalszym fatalnie odebranej teorii spiskowej Trumpa na temat imigrantów zjadających koty i psy amerykańskich właścicieli. Tak to właśnie jesteśmy zanurzeni po uszy w transmedialnych opowieściach.
PS. 14 września 2024 zmieniona wersja tego wpisu ukazała się w Gazeta Wyborcza
Karty atutowe, zwane po angielsku Trump cards. To także aluzja do gigantycznego biznesu hazardowego Trumpa, który jest właścicielem kasyn (lic. Depositphotos)
Donald Trump nie tylko zna zasady gry politycznej i medialnej, ale wręcz je redefiniuje, wprowadzając do niej elementy rodem z tzw. kultury popularnej. W jego rękach każda kampania to starannie zaplanowany spektakl, w którym rzeczywistość zlewa się z fikcją, a granice między poważną polityką a komercyjnym show biznesem stają się coraz bardziej płynne. Przykłady? Oczywiście trzeba zacząć od słynnych ponownie od ubiegłego wtorku „trump cards”, ale warto również wspomnieć o złotych butach biegowych, tzw. Biblii Trumpa, cyfrowych tokenach oraz wykorzystaniu sztucznej inteligencji do tworzenia wizerunków Trumpa. To wszystko składa się na swoisty Disneyland polityki, w którym Trump jest nie tylko główną atrakcją, dosłownym bohaterem i atutową kartą, ale i reżyserem.
Zacznijmy od „trump cards” – cyfrowych kart kolekcjonerskich, które można kupić za jedyne 99 dolarów. Fraza „trump cards” w języku angielskim oznacza karty atutowe, kluczowe dla wygranej w grze, ale w rękach Trumpa zyskuje nowy wymiar. Karty te stają się symbolem jego politycznej siły, ale również przedmiotem pożądania, którym można się pochwalić przed znajomymi. A jeśli kupisz wystarczająco dużo kart, dostaniesz kawałek garnituru Trumpa – dosłownie! Jakby sam Trump stawał się nowym świętym, którego relikwie można kolekcjonować.
Trump wykorzystywał inne produkty popularne do wzmacniania finansowego i medialnego swojej kampanii. W pewnym momencie na rynku pojawiły się złote buty sygnowane jego nazwiskiem. Niby niewiele mają wspólnego z polityką poza tym, że doskonale wpisują się w narrację Trumpa jako człowieka sukcesu, który wszystko, czego dotknie, zamienia w złoto – dosłownie. To złote buty, które mówią: „Jestem bogaty, jestem potężny, i możesz być jak ja, jeśli tylko założysz te buty.” To esencja disneyizacji – uproszczenie skomplikowanej rzeczywistości do kilku łatwo przyswajalnych symboli, które można sprzedawać masom. Założę pidżamę z wizerunkiem batmana i stanę się superbohaterem…
A co to jest Biblia Trumpa? W pewnym momencie pojawił się na rynku przedmiot, który nazwano „Amerykańską Biblią Trumpa”. Oczywiście, nie była to zwykła Biblia – była to Biblia, która rzekomo miała wspierać wartości, za które Trump rzekomo stoi. Tekstowi zwykłej Biblii w wersji Króla Jakuba towarzyszą także Konstytucja USA i Deklaracja Niepodległości US. Połączenie religii z polityką nie jest niczym nowym, ale Trump wzniósł to na nowy poziom, oferując swoim zwolennikom coś, co miało być święte, ale jednocześnie przesiąknięte amerykańskim duchem, jaki Trump stara się uosabiać. I duchem odwołującym się do najbardziej konserwatywnej części amerykańskiego społeczeństwa z tzw. pasie biblijnym. To nic innego jak sprzedaż wartości w komercyjnej formie – Biblia jako gadżet, symbol nowego rodzaju patriotyzmu, który można kupić i mieć na własność. Wszystko na sprzedaż.
W kontekście rosnącej cyfryzacji i nowoczesnych technologii, Trump udowodnił, że potrafi dostosować swoje kampanie do najnowszych trendów. Nie tylko w pierwszej kampanii świetnie wykorzystał Twittera, był wręcz nazywany pierwszym Twitterowym prezydentem, choć początki jego kariery wiązały się z medium telewizyjnym. Jednak wprowadzenie cyfrowych kart kolekcjonerskich, które w rzeczywistości są tokenami NFT, pokazuje, jak zręcznie Trump wykorzystuje kryptowaluty i nowoczesne technologie, by jeszcze bardziej wzmocnić swoją markę. To już nie tylko sprzedaż fizycznych produktów, ale także cyfrowych aktywów, które mogą być przechowywane, handlowane i eksponowane w wirtualnych portfelach. Jego zwolennicy mogą teraz kupować „część Trumpa” w postaci tokenów, które – jak się sugeruje – mają wartość nie tylko finansową, ale i symboliczną. To kolejny krok w disneyizacji – uproszczenie i komercjalizacja w erze cyfrowej.
Dodatkowo, Trump sięga po najnowsze technologie, takie jak sztuczna inteligencja, aby tworzyć wizerunki siebie samego jako bohatera narodowego, a nawet superbohatera. Jego cyfrowe karty kolekcjonerskie przedstawiają go w fantastycznych, wręcz nadprzyrodzonych pozach, co jeszcze bardziej podsyca narrację o Trumpie jako o kimś więcej niż zwykłym człowieku. Dzięki AI, Trump może przedstawiać siebie w dowolny sposób – jako wojownika, lidera, bohatera – i sprzedawać te obrazy jako symbol jego siły i wyjątkowości. Cuda na kiju.
Ta strategia nie jest przypadkowa. Trump doskonale rozumie, że w dzisiejszym świecie polityka i kultura masowa są nierozłączne. Wykorzystuje disneyizację kultury amerykańskiej, aby uprościć swoje przesłanie do poziomu, który jest łatwo zrozumiały i atrakcyjny dla jego bazy wyborców. Wprowadza elementy komercji do polityki, zamieniając kampanie wyborcze w spektakle, a samego siebie w produkt, który można sprzedać. Jego „trump cards”, złote sneakersy, „amerykańska” Biblia, cyfrowe tokeny i obrazy generowane przez AI to nic innego jak polityczne gadżety, które oferują jego zwolennikom nie tylko możliwość wsparcia swojego idola, ale także uczestnictwa w czymś większym, bardziej znaczącym.
Co więcej, Trump bawi się językiem, tworząc wieloznaczne frazy, które przyciągają uwagę i dodają jego kampaniom element tajemniczości. „Krypto-prezydent” to doskonały przykład takiej gry słów. Z jednej strony odnosi się do kryptowalut, z drugiej sugeruje, że Trump ma jakieś ukryte moce, które czynią go wyjątkowym. To czysta disneyizacja – przekształcenie polityki w bajkę, w której Trump jest superbohaterem, a jego zwolennicy są częścią jego magicznego świata.
Jednak pod tą warstwą błyszczącego marketingu kryje się coś głębszego. Trump, podobnie jak Disney, rozumie, że ludzie potrzebują prostych narracji, które dają im poczucie bezpieczeństwa i przynależności. W świecie, w którym rzeczywistość staje się coraz bardziej złożona i nieprzewidywalna, oferuje im jasne, proste przesłanie: „Jestem waszym atutem, waszym przewodnikiem przez ten chaos. Kupcie moją kartę, moje buty, moją Biblię, a staniecie się częścią mojej wizji Ameryki”. Ludzie szukający odpowiedzi w teoriach spiskowych potrzebują prostych narracji. Ludzie wybierający Trumpa to ci sami często wyborcy, co zwolennicy spiskowych teorii. Wystarczy wspomnieć, że po zamachu na Kapitol po przegranych wyborach prezydenckich pojawiła się spiskowa teoria Q, oraz postać samego zamachu Q-Szamana.
Ostatecznie, sukces tej strategii pokazuje, jak głęboko disneyizacja przeniknęła amerykańską kulturę. Trump nie tylko sprzedaje produkty – sprzedaje ideę, marzenie, które jego zwolennicy mogą dosłownie kupić i trzymać w swoich rękach. To amerykański sen w nowoczesnej, skomercjalizowanej formie – i jak się okazuje, sen ten nadal ma wielu chętnych nabywców. W świecie, w którym polityka i popkultura zlewają się w jedno, Donald Trump staje się symbolem tej nowej, cyfrowej ery – ery, w której można kupić kawałek historii za pomocą jednego kliknięcia.
Ps. Oczywiste jest, że za tymi gadżetami kryją się niecne intencje Trumpa. Gdyby wygrał wybory, byłoby fatalnie dla świata i dla demokracji amerykańskiej.